wtorek, 15 maja 2018

Pierwsze urodziny bloga!


Cześć! 

Dzisiejszy post będzie nieco inny od tych, które znajdziecie tutaj zazwyczaj. Właściwie nie będzie miał większego sensu, jednak chciałabym Wam powiedzieć coś ważnego.

30 kwietnia 2017 roku (tak, tak, wiem, że już minęła połowa kolejnego miesiąca) opublikowałam tutaj swoją pierwszą recenzję. Liczę początek od tego dnia, ponieważ mimo, że wcześniej też pisałam posty - pierwsza moja publiczna opinia była jakimś przełomem. Momentem, kiedy postanowiłam wziąć to na poważnie, skupiając się na jakości, nie wyświetleniach. Była i wciąż jest to taka pewnego rodzaju lekcja systematyczności, której swoją drogą zawsze mi brakowało. 

Ktoś może powiedzieć, że przecież rok to nic. Może i tak, jednak ja przez ten okres czasu naprawdę poprawiłam swój warsztat pisarski. Sama dostrzegam różnicę między pierwszymi wpisami, a tymi ostatnimi. Cieszę się, że wytrwałam i wciąż mam chęci do dalszego prowadzenia tego bloga. 

Cieszę się, że wciąż mam coraz to nowsze pomysły, dzięki którym nie tylko poznam się z nowymi formami wypowiedzi, ale i urozmaicę nieco swoje posty. Mimo, że to tylko rok, ja jestem z siebie dumna! Doceniajmy nawet te najmniejsze sukcesy! To był dobry rok. To był dobry dzień.

Dziękuję, że jesteście! 





niedziela, 29 kwietnia 2018

I nie było już nikogo - Agata Christie - recenzja


Autor: Agata Christie
Tytuł: I nie było już nikogo
Tytuł oryginalny: Ten Little Niggers 
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 213

I nie było już nikogo wypożyczyłam ze szkolnej biblioteki zaraz po tym, jak skończyłam czytać Morderstwo w Orient Expressie. Stwierdziłam, że skoro ta pozycja jest dobra, następna też będzie. Myliłam się jednak. I nie było już nikogo jest znacznie lepsza!

Christie przedstawia nam grupkę osób, których pewnego dnia zaprasza rzekomo znana im osoba na okraszoną tajemnicą wyspę - Wyspę Żołnierzyków. Chodzą plotki, piszą o niej w gazetach - nikt nie wie, kim jest kupiec wyspy. Z pewnością jakiś miliarder. Tym chętniej bohaterowie chcą tam jechać. Na początku oczywiście myślą, że są jedyni. Że zaproszenie otrzymali od długo nie widzianych przyjaciół. Jak się później okazuje do odległego miejsca zaprosiła ich jedna osoba - tajemniczy pan Owen. Niedługo po tym następuje pierwszy zgon, jednak dopiero przy drugim zdają sobie sprawę, że to nie był nieszczęśliwy wypadek a zaplanowane zabójstwo. 

Co ciekawe postacie umierają wraz z bohaterami dziecięcej rymowanki w dokładnie taki sam sposób. Wierszyk bez wątpienia właśnie właściciel umieścił w każdym z pokoi willi. Taki plan mógł wymyślić tylko szalony zabójca, jednak po co? Aby sprawiedliwości stało się za dość? Aby ofiary pokutowały za niegdyś popełnione zbrodnie?

Dużym plusem tej powieści okazało się napięcie. Po poprzedniej książce Christie jaką czytałam raczej nie spodziewałam się dreszczyku emocji. Myślałam bardziej o ciekawej zagadce, którą mogę rozwiązywać razem z bohaterami. A jednak! Niezwykle miłe zaskoczenie. Miałam możliwość nie tylko głowienia się "kto zabił", ale i poczucia strachu, co wydarzy się dalej. 

Przyznam się, że nie udało mi się odgadnąć kim jest sprawca. Przewidziałam tylko oszustwo. Wiedziałam, że będzie, ale nie zorientowałam się kiedy nastąpiło. Cóż, może następnym razem pójdzie mi lepiej. 

Do historii nie mam zastrzeżeń, jednak muszę zwrócić uwagę na mankamenty samego wydania, a mianowicie literówek, które może i nie spotykane na każdej stronie, pojawiały się gdzieniegdzie. Niby mała rzecz, a przeszkadza. 

Ocena: 9/10

niedziela, 15 kwietnia 2018

Morderstwo w Orient Expressie - Agata Christie


Autor: Agata Christie
Tytuł: Morderstwo w Orient Expressie
Tytuł oryginalny: Murder on the Orient Express
Wydawnictwo: Dolnośląskie 
Liczba stron: 264


Był już Crais, była już Gerritsen, tak więc przyszedł czas na kolejnego autora, a raczej autorkę - Agatę Christie. Przyznam szczerze, że nie oczekiwałam jakichś fajerwerków. Raczej coś tam obiło mi się o uszy o twórczości tej kobiety i sama postanowiłam się przekonać czy faktycznie pisarka jest tak dobra, jak ją chwalą.

Morderstwo w Orient Expressie to kultowa już powieść, na której podstawie nakręcono film o tym samym tytule. Pewnego dnia w luksusowym pociągu kilkukrotnie pchnięty nożem zostaje wpływowy biznesmen. Staje się to nie lada zagadką, której rozwiązania podejmuje się Hercules Poirot. Sprawa staje się coraz bardziej zawiła, kiedy bohaterowie zaczynają kłamać, bojąc się o swój dalszy los. Tym samym, jest to ciekawe wyzwanie dla detektywa.

Muszę przyznać, że w pewnej chwili sama zaczynałam się gubić w tym wszystkim. Bez wątpienia - jedyną osobą, która nie czuła się zagubiona w całej tej sprawie był właśnie Poirot. Reszta śledczych była tak samo w lesie, co i ja. Wszyscy z wielkim zniecierpliwieniem czekaliśmy na wyjaśnienia bohatera. 

Trzeba przyznać, że powieść ta jest ciekawa, niezwykle barwna, można się dowiedzieć wielu rzeczy. Jednak mimo świetnych opinii, książka nie trzymała w napięciu ani przez chwilę. Nie mogę jednak powiedzieć, że się nudziłam. Tutaj akurat chapeau bas dla autorki. Naprawdę nie było momentu, kiedy miałabym ochotę odłożyć książkę. Historia jest po prostu ciekawa i przede wszystkim dobrze napisana. 

Ocena: 7/10

niedziela, 1 kwietnia 2018

Nieidealna


Ma niewyregulowane brwi, piegi, pryszcz na czubku nosa. Małe oczy, duży nos. Rzadkie, krótkie włosy. Zbyt szerokie uda, jest gruba. Za chuda, facet nie pies - na kości nie poleci. Za wysoka. Krasnal. Nieśmiała. Zbyt odważna. Za skromna. Pyszna. Tapeciara. Nawet makijaż jej nie pomoże. 

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewna myśl. Jak często nasza opinia o nas samych jest zależna od ludzi, którzy do naszego życia wnoszą jedynie smutek i narastające kompleksy. Nieprawda? Najczęściej przykre słowa słyszymy niby przypadkiem kiedy ktoś myślał "że wiemy". Niekiedy niechcący, bo przecież "on tak kiedyś powiedział". 

Zauważyłam, że taka opinia boli najbardziej. Nie krytyka wypowiedziana prosto w oczy, a właśnie z pozoru nic nie znacząca złośliwość, która nijak się ma do rzeczywistości. "Bo skoro bała się powiedzieć w twarz to musi być prawda" - tak sobie tłumaczymy. Większość takich uwag to chamstwo, którego celem jest zdołowanie obrażanej osoby.

Kto mówi takie rzeczy? Kto buduje swoje poczucie wartości cudzym kosztem? Zaobserwowałam, że właśnie osoby, który same mają problemy i widzą u siebie tylko wady.

Na dzisiaj zaplanowałam sobie inny post, konkretnie recenzję, jednak święta nieco mnie rozstroiły i postanowiłam z tej okazji zrobić coś innego. Mam nadzieję, że nie zaburzy to jakoś bardzo Waszych oczekiwań.

Nieidealna - taka właśnie jestem. Akceptuję i pracuję nad swoimi wadami. A Ty?

niedziela, 18 marca 2018

Pierwsza zasada - Robert Crais - recenzja


Autor: Robert Crais
Tytuł: Pierwsza zasada
Tytuł oryginalny: The First Rule
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 258


Witam w ten niezwykle mroźny dzień! Kto czyta tego bloga regularnie zapewne zauważył, że tydzień temu powinien pojawić się post. Dlaczego więc czytacie go dopiero dzisiaj? Być może wytłumaczenie wydaje się głupie, ale zwyczajnie nie miałam ochoty, ani kompletnie żadnych chęci do tego, aby usiąść i zabrać się za pisanie. Mogłabym się zmusić, ale po co, jeśli w efekcie końcowym nie byłabym z niego zadowolona? Jeśli już coś robić to jak najlepiej, prawda?


"Złodziej musi wyrzec się matki, ojca, braci i sióstr. 
Nie może mieć rodziny, ani żony, ani dzieci.
To my jesteśmy jego rodziną." 



Tak brzmi tytułowa pierwsza zasada złodziejskiego kodeksu, do której przestrzegania zmuszeni są bohaterowie. Po co? Jeśli wrogie gangi dowiedzą się, jaki jest twój słaby punkt zrobią wszystko, żeby wymusić na tobie określone działania. Złamanie jej grozi śmiercią. Niestety, Joe Pike i Elvis Cole zostają postawieni przed nie lada wyzwaniem - muszą w pewnym sensie znaleźć i jednocześnie uchronić potomka osoby, która winna jest śmierci ich Franka Meyera.

Pewnego dnia do domu byłego amerykańskiego najemnika wpada banda uzbrojonych złodziei i wszystkich zabija. Na nieszczęście bandytów - wybrali dom przyjaciela jednego z najskuteczniejszych ludzi na świecie - Joe'go Pike'a. Policja podejrzewa, że Meyer stał się obiektem rabunku przez swoje szemrane interesy. Joe jednak w to nie wierzy i zaczyna prywatne śledztwo wraz z zaufanym kolegą Elvisem Colem, chcąc udowodnić niewinność przyjaciela i ukarać zabójców. 

Mimo, że jest to dopiero druga książka Craisa, jaką miałam przyjemność czytać mogę śmiało zauważyć, że Robert bardzo mocno skupia się na swoich historiach, co więcej - bardzo ciężko byłoby się zgubić w temacie. W tej pozycji zaprezentował nam mocną powieść o bezlitosnych gangach z byłego Związku Radzieckiego działających na terenach USA. 

Muszę przyznać, że długo zajęło mi zbieranie się do napisania mojej opinii o tej książce. Jak wiecie z poprzedniej recenzji pozycji Craisa (jeśli jeszcze jej nie widzieliście, zapraszam - klik), Pierwsza zasada miała być czymś w rodzaju drugiej szansy. Jego poprzednia powieść była dobra, jednak nie rzuciła mnie na kolana. Miło się ją czytało, z pewnością bardzo szybko. W podobnej sytuacji jestem teraz. Niby było przyjemnie, ale bez tego efektu "wow", bez zaskoczenia i bez dreszczyku emocji, na który tym razem również miałam nadzieję.

Ciężko mi to wszystko podsumować. Sam pomysł ciekawy i, przynajmniej według mnie, całkiem interesująco wykorzystany. Nie mogę powiedzieć, że choć przez chwilę się nudziłam. Wciąż coś się działo. Autor zastosował dwutorowość, do której mam zresztą słabość, ale nie wydaje mi się to jakimś przełomem. 

Poprzednią książkę Craisa oceniłam na 7 punktów. Ta, mimo iż o czymś innym, łudząco przypomina tamtą. Nawet moje uczucia wciąż pozostają takie same. Mam nadzieję, że nie każda z powieści tego autora będzie dla mnie tylko miłą odskocznią, lecz zostawi po sobie jakiś ślad.

Ocena: 6/10

niedziela, 25 lutego 2018

Romanse i niuanse - recenzja


Reżyser: Jeff Stephenson
Scenariusz: Jeff Stephenson, Jane Kelly Kosek, Brent Laffoon
Gatunek: melodramat 
Produkcja: USA
Premiera na świecie: 25 października 2009

Witajcie!
Korzystając z ferii zimowych i mrozu, który panuje na zewnątrz, udało mi się zobaczyć kilka ciekawych produkcji, o których chciałabym Wam w najbliższym czasie opowiedzieć. Postanowiłam wnieść nieco świeżości na tego bloga i trochę rozwinąć swoje horyzonty. Pomyślałam, że recenzje filmów czy seriali będą miłą odskocznią od mojego książkowego świata. Tak więc zapraszam na pierwszy post z nowej serii. Koniecznie dajcie znać w komentarzach czy w ogóle jesteście zainteresowani taką opcją.

Romanse i niuanse to film opowiadający historię kilkorga przyjaciół ze studiów, którzy po kilku latach całkowitego braku kontaktu spotykają się na ślubie wspólnej przyjaciółki, która jak na ironię - odgrywa w tym filmie najmniejszą rolę. Niestety, ich spotkanie nie należy do najmilszych. Na wierzch zaczynają wychodzić dawne urazy, a nawet nieszczęśliwa miłość, o której ciężko jest zapomnieć. Wybuchają bójki, idiotyczne sprzeczki, które przyćmiewają tę szczególną ceremonię.
Przyjaciele muszą poznać się na nowo. Pogodzić z różnicami, które ich dzielą. Mimo, że to wcale nie jest tak łatwe, jak na początku mogłoby się wydawać.

Po pierwszych kilku minutach nie mogłam się zorientować, kto jest kim. Stworzył się jeden wielki harmider, który dopiero z czasem zaczął się układać. Pierwsze co może rzucić się w oczy to bardzo podobne do siebie postacie. Po czasie - owszem, lepiej mi szło rozróżnianie, dostrzegałam różnice, jednak sam początek był dla mnie tragedią - bohaterowie zlewali się ze sobą jak dwie krople wody.

Prawdę mówiąc - kompletnie nie wiem, co o tym filmie myśleć. Z jednej strony gubiłam się w nim, zdarzały się sceny, które zupełnie mi się nie podobały. Z drugiej natomiast postacie były naprawdę dobrze przedstawione. Będąc w sytuacji, w której znalazł się chociażby Joey, jeden z głównych bohaterów, zachowywałabym się pewnie tak jak on. Przeżywałabym jego tragedie w ten sam sposób. Jest to dużym plusem - oglądając ten film nie trzeba zmuszać się do wyobrażania sobie uczuć, które wręcz powinny towarzyszyć nam w życiu. 

Myślę, że Romanse i niuanse to film dla osób wrażliwych i lubiących filmy z uroczym, subtelnym wątkiem miłosnym, który dzieje się na naszych oczach. Dzięki tej produkcji być może ktoś zechce powrócić do dawnych czasów. Może odnowić stare przyjaźnie?

Ocena: 6/10

niedziela, 11 lutego 2018

iChoc - najlepsze wegańskie czekolady w mieście



Witajcie! Dzisiaj przychodzę do Was z moim niedawnym odkryciem - czekoladami iChoc, które na dobre podbiły moje serce.

Każdy książkoholik wie, że miło jest usiąść wieczorem z dobrą lekturą, ciepłą herbatką i czymś, co jeszcze bardziej umili czas - czekoladą! Jako wierny fan i wybredny poszukiwacz smaku próbuję naprawdę wielu rzeczy, które w przyszłości sprawdzą się jako dodatek. 

Cały proces tworzenia czekolad jest ekologiczny i przede wszystkim etyczny. Jak zapewnia nas producent - wszystkie surowce używane do produkcji są weryfikowane. Dodatkowo, na plantacjach nie pracują dzieci, a wynagrodzenia za pracę są uczciwe, więc przeciwnicy nieodpowiedniego traktowania ludzi mogą jeść w spokoju.

               

Przyznać muszę, że trochę obawiałam się tego, jak to wszystko wyjdzie w praniu. Chociażby fakt, że wszystkie te czekolady będą podobnie smakować, a ich dodatki niczego nie zmienią. Na szczęście się myliłam. Wegańskie i ekologicznie nie znaczy gorsze! Jest właściwie jeszcze lepsze niż mogłam sobie wyobrazić. 

Pierwszą czekoladą, która wpadła mi w ręce była Super nut. W smaku przypomina mój ulubiony przysmak z dzieciństwa - czekoladę Nussbeisser, z tą różnicą, że tutaj orzechy są nieco mniejsze.


Jednak jest czekolada, która przebiła wszystkie inne (choć na początku najbardziej nastawiona byłam właśnie na tą orzechową), chodzi mi o Almond orange. Z ręką na sercu - mogłabym ją jeść bez końca. Nie jest za słodka, ani gorzka, jest po prostu idealna. I nie myślę tak tylko ja. Osoby, które również próbowały wszystkich wyrobów, stawiają ją na pierwszym miejscu. 


Jedyną czekoladą, która nie przypadła mi do gustu była White vanilla. Właściwie jak tylko zobaczyłam ją na stronie sklepu wiedziałam, że się nie polubimy. Ogólnie nie przepadam za białą czekoladą, a ta jest zwyczajnie dla mnie za słodka. Cóż, jedni wolą bardzo słodkie rzeczy, inni nie. Osobiście bardziej odnajduję się w delikatniejszych smakach. 

      

Czekolady cieszą nie tylko żołądek, ale i oko. Przyznajcie sami - ich opakowania są naprawdę bardzo ładne i już na pierwszy rzut oka widać, że są ekologiczne. Nawet osoby, które nie wiedzą, z czego są zrobione, zwracają uwagę na wygląd typowy dla produktów ekologicznych. Świetny zabieg marketingowy i środowisko skorzysta. Same plusy, prawda? 

Wszystkie smakołyki przyszły do mnie z Niemiec w dobrze zabezpieczonym pudełeczku, które właściwie jest już gotowe do podarowania w prezencie. Każda dziewczyna/kobieta ucieszy się ze słodkiego upominku. Gorąco polecam i zapraszam na stronę sklepu, gdzie znajdziecie jeszcze więcej informacji na temat smakołyków - KLIK

A Wy jedliście którąś z tych czekolad? Co o nich myślicie, smakowały Wam? Dajcie znać w komentarzach.